Trudne początki

 


 

Założycielem dynastii był Franciszek, właściciel pracowni lutniczej w Poznaniu, a potem fabryki instrumentów muzycznych we Lwowie. Znamy dziesiątki listów pochwalnych na cześć jego umiejętności. „Fabrykantowi instrumentów p. Franciszkowi z Poznania (...) poświadczam, że instrumenty (jego) pod każdym względem przewyższają wyroby renomowanych i słynnych fabryk niemieckich...” – pisał w marcu 1906 r. jeden z klientów jego pracowni. Trzydzieści lat później opinia innego brzmiała: „Polecenia godną jest firmą, której właściciel jest doskonałym fachowcem w swoim zawodzie”.

 

Jego klientami byli Polacy (chyba nie ma przesady w twierdzeniu wnuka, że ¾ Polski grało na instrumentach dziadka), ale także Prusacy, Rosjanie i Austriacy. Bo Franciszek, prócz złotych rąk, miał też głowę do interesów. Urodził się w 1859 r. w Sowach pod Rawiczem. Jego ojciec, Ignacy, miał orkiestrę ludową , która grywała po wsiach na weselach i zabawach – Franciszek grał w niej na klarnecie. Jako kawaler uczył się ślusarki artystycznej i jak niemal każdy wówczas młody Polak z patriotycznej rodziny należał do Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.

 

Historia jego pasji budowniczego instrumentów i lutnika rozpoczęła się... w wojsku pruskim (!), do którego został powołany na trzy lata, na pocz. Lat 80. XIX wieku. Służył w orkiestrze, a w czasie jednego ze świąt państwowych zastąpił chorego kapelmistrza tak znakomicie, że w efekcie został jej szefem. Z koniecznymi naprawami instrumentów Franciszek jeździł do Zgorzelca, do zakładu niemieckiego rzemieślnika Heinricha Lange. Lange miał piękną córkę, a Franciszek sprawiał wrażenie, że rola przyszłego zięcia całkiem mu odpowiada. Lange wtajemniczał go więc w arkana swojego rzemiosła. W 1885 r. Franciszek ożenił się lecz jednak nie z młodą Langówną i założył w Poznaniu własny warsztat. Ponieważ nie miał uprawnień, zatrudnił u siebie na kilka lat dwóch mistrzów-emerytów z zakładu Langego, przy których uczył się fachu. Kupował instrumenty, rozbierał je i kleił z powrotem. Po trzech latach zdał egzamin na czeladnika. Po dalszych trzech – na mistrza budowy i naprawy instrumentów dętych i smyczkowych. Zatrudnił kilku czeladników. Instrumentów z jego pracowni używały dęte orkiestry pułkowe, a także orkiestra Towarzystwa Muzycznego w Poznaniu i Krakowie oraz orkiestra kościelna klasztoru jasnogórskiego.

 

„Interes pański jest godnym polecenia nie tylko dlatego, że tanie i dobre oddaje instumenta, ale i dlatego, iż w polskich znajduje się rękach, na co w teraźniejszych ciężkich czasach nade wszystko uważać powinniśmy” – zauważył jeden z jego klientów w 1901 roku.

 

W 1890 r. urodził się Stanisław, drugi z dynastii, który wcześnie zaczął pomagać ojcu w warsztacie. Działalność Franciszka i Stanisława w „Sokole”, ich nie ukrywany patriotyzm, a zapewne także powodzenie, jakim cieszył się warsztat, stały się solą w oku Prusaków. W 1905 roku Franciszek Niewczyk jako przedstawiciel Polonii zaboru pruskiego pojechał do Krakowa na zjazd w sprawie budowy pomnika grunwaldzkiego. Władze niemieckie ogłosiły bojkot jego firmy. W 1907 roku represje przybrały ostrzejszą formę. Franciszek dostał nakaz opuszczenia Poznania w ciągu 24 godzin. Dzięki przeciekom z magistratu Niewczykowie byli przygotowani do wyjazdu. Z rodziną i trójką uczniów Franciszek udał się do Lwowa, gdzie hrabia Turno, dobry znajomy z polskich kręgów patriotycznych, zarezerwował wcześniej lokal. Oddając w poznańskim Ratuszu klucze Franciszek obiecał, że „jeszcze tu wróci”. Wrócił jednak dopiero jego syn.